wtorek, 1 marca 2016

Choroba niedoczasu - choroba naszych czasów

Time-sickness - termin wymyślony w 1982 r. przez amerykańskiego lekarza Larry’ego Dosseya został użyty z przesłaniem „czas ucieka, mamy go za mało, więc pędzimy coraz szybciej, by dotrzymać kroku wszystkiemu i wszystkim”. W Polsce pojęcie to przetłumaczono jako choroba niedoczasu (a nie jako choroba niedostatku czasu).
Napisanie tego tekstu przyprawiło mnie o lekki zawrót głowy. Dlaczego?
W różnego rodzaju publikacjach dotyczących zwolnieniu i samorozwoju można znaleźć wskazówki typu:
·        zatrzymaj się, żeby porozmawiać ze znajomym ,
·        dużo spaceruj,
·        rozglądaj się wkoło,
·        czytaj książki sobie i dziecku,
·        jedz to, co pyszne,
·        ciesz się życiem i je obserwuj,
·        przyjrzyj się zmieniającej się naturze i porozmawiaj o tym z dzieckiem – celebruj pory roku,
·        miej czas na zadbanie o swoje ciało, pomyślenie o sobie – bo nikt ci tego czasu nie da ani nie zrobi tego za ciebie,
·        nie łap kilku srok za ogon, zamiast mnożyć zadania – odejmuj je.
·        Nie wierz, że wszystko jest tak samo ważne, że wielozadaniowość to coś dobrego bo to tak naprawdę świetna „okazja, żeby spaprać więcej rzeczy naraz”,
·        nie przeceniaj dyscypliny,
·        wytycz swój najważniejszy priorytet i cel  -  to na niego przeznacz swój czas.

Punktów jest sporo – niektóre z nich są dla mnie rzeczą naturalną, niektóre wydają mi się bardzo ogólnikowe a niektóre wręcz wpędzają w poczucie, że z moim życiem coś jest nie tak -  i raczej nie da się ich wszystkich wcielić w życie od razu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bez szkody dla siebie i otoczenia. Czy istnieje właściwie jedno tempo do którego wszyscy, niezależnie od sytuacji życiowej, musimy zwolnić (albo przyśpieszyć)?

Wpadł mi wczoraj w ręce felieton Szymona Majewskiego, który rozpoczyna się:
„Jest sobota, typowa sobota w naszym wykonaniu. Wstajemy trochę później, wszystko jest takie trochę rozwleczone. Śniadanie się robi długo i długo celebruje, czasem nawet do pierwszej. Potem długie sprzątanie i długie celebrowanie kawy. Później tzw. kanapowanie, czyli przewalanie się na kanapie, polegiwanie, a to z książką, a to z jednym okiem w telewizor, może też pojawić się drzemka”.

Można by pomyśleć, że tak właśnie wygląda życie slow  -  poranek modelowy, kwintesencja;. dla mnie jednak to koszmar – do takiego spędzania czasu zdołałby mnie przymusić jedynie ciężki przypadek grypy lub dziewiąty miesiąc ciąży (bez opcji „z jednym okiem w telewizor” – bo go nie posiadam). Wolę wstać o 7.30, szybko zjeść śniadanie i wyjść na poranny trening nordic walking ze znajomymi.   

Sobota. Około 9:


choroba niedoczasu, slow life

Nie ma przecież jednej uniwersalnej recepty czyli jednego właściwego tempa życia  – dla jednego to, co dostatecznie szybkie dla innego będzie zbyt powolne, a to co ekscytujące, nudne i monotonne. Po co nam kolejne wytyczne, punkty do realizacji?
Może problem leży w tym, że trudno jest nam zaakceptować inne od naszego tempo życia i chcielibyśmy, aby wszyscy wkoło dostosowywali się do naszej prędkości i intensywności?  

John C. Parkin w swojej książce „Filozofia f**k it czyli jak osiągnąć spokój ducha” pisze:

„ (…) każdy chce być wszystkim jednocześnie. Presja bycia „wszystkim” jest  nie do odparcia. Wszyscy chcemy odnosić sukcesy w pracy, być ekspertami w domu (od gotowania, ogrodnictwa, majsterkowania), ciężko pracującymi pracownikami, obecnymi i dostępnymi partnerami i rodzicami, właścicielami domów i ludźmi zamożnymi. Wszyscy chcemy prowadzić zrównoważony tryb życia, posiadać wiedzę i znać się na kulturze, być zrelaksowani i spokojni, zobaczyć świat, jednak nie latać zbyt często.” Jest w tym dużo prawdy, ale z drugiej strony: dlaczego by nie? Jeżeli ktoś ma dostateczne możliwości intelektualne czy talenty… 


choroba niedoczasu, slow life



choroba niedoczasu, slow life

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz