niedziela, 30 kwietnia 2017

Plan idealnego dnia - jak działa

slow life blog

Czy udało Wam się zrobić plan idealnego dnia? Dla mnie nie było to łatwe zadanie. Myślę, że na początku może się ono wydać wręcz frustrujące i abstrakcyjne – zwłaszcza, kiedy kalendarz pęka w szwach i wydaje nam się, że wszystko jest niezmienne i z góry (a właściwie to przez kogo?) ustalone. Po co przy tym majstrować? Po co zmieniać? Czy jest to w końcu realne?


slow life blog

Czy w grafik współczesnego, nadążającego za życiem człowieka uda się jeszcze coś wcisnąć? A może nie o to do końca chodzi? Może bardziej o uporządkowanie, ustalenie priorytetów (które mogły się w międzyczasie zmienić), wyrzucenie aktywności zbędnych i już niepotrzebnych, nieaktualnych? Uproszczenie i osiągnięcie wewnętrznego spokoju?

slow life blog

Jak to wyglądało u mnie? Zaczęłam od ustalenie swoich potrzeb – tych, które były do tej pory niezrealizowane w stopniu, który by mnie satysfakcjonował. Jest to w moim przypadku potrzeba sportu, wspólnoty, autonomii, twórczości i rozwoju (klasyfikacja według Marshalla i Rosenberga). Prawie każde miejsce w którym się znajdujemy ma swoje wady i zalety, mocna i słabe strony – a ja nie chcę stale narzekać na te „słabości” bo wolę szukać nowych rozwiązań.

slow life blog

Na początku zupełnie nie miałam pomysłu, jak to wszystko wpleść w plan dnia, pogodzić ze sobą, jakich strategii użyć. Wcześniej wielokrotnie szukałam rozwiązań, które jednak nie do końca działały i były na początku wprowadzane trochę „na siłę”, na próbę. Testowałam więc ucząc się na błędach i wyciągając wnioski.

Po pewnym czasie (ku mojemu zdziwieniu) wszystko zaczęło się samo układać, dopasowywać oraz sortować i to właściwie prawie bez żadnego wysiłku – potrzebna była jedynie uważność i umiejętność patrzenia, wykorzystanie okazji i szczere chęci. Wyglądało na to, że wystarczyło określić swoje potrzeby, wiedzieć czego się konkretnie chce a niemożliwe, krok po kroku, stawało się możliwym.

Oto kilka z moich „cudów”, który wydarzyły się jeden po drugim: koleżanka zaprosiła mnie na wspaniały koncert, poznałam nową mamę, która tak samo jak ja jest fanką jeżdżenia z dzieckiem na rowerze, udało mi się ustalić godziny treningów jeździeckich, po burzy mózgów wytyczyłam nowe ścieżki rozwoju zawodowego…
Co teraz pozostaje? Konsekwencja, umiejętność cieszenia się z tego, co życie przyniosło, podążanie za tym, co dla mnie pożyteczne i dobre. Nad czym wciąż muszę pracować? Nad umiejętnością zmiany tempa i dostosowaniem go do sytuacji, ale przede wszystkim nad tym, żeby stare nawyki wymienić na nowe.

Zachęcam więc do próbowania, błądzenia i trafiania w sedno a o prawie przyciągania napiszę wkrótce...

4 komentarze:

  1. W takim razie warto te "plany na idealny dzień" robić. Ciekawy post. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto - chociażby po to, żeby pozbyć się automatycznego działania i zatrzymać na chwilę próbując dotrzeć do swoich prawdziwych potrzeb. Pozdrawiam :-)

      Usuń
  2. Zazdroszczę, u mnie niestety idzie dokładnie odwrotnie. Im bardziej się staram, tym bardziej leci pod górę. A idzie do przodu przez przypadek... po czym znowu stop. Ostatnio zaczęłam się czuć jak stare, wyklepane auto z dziurawym bakiem, które próbuje wjechać pod górę i się stacza na dół. Po kilku nieudanych podjazdach stanęłam w miejscu i rozkoszuję się widokami na okolicę, bo co mi pozostaje? Rozwój zawodowy - możliwości zerowe, wręcz regres, to znaczy cud, jak nie będę musiała pójść do pracy w Biedronce, bo w zawodzie tylko siedzieć i płakać. Moje umiejętności nikogo już nie interesują, na moje miejsce dziesięciu chętnych z lepszymi skillami, młodszymi i bez dzieci. Zostałam w ogonie, klienci pobankrutowali lub ledwo ciągną, no masakra i kręcenie się za swoim ogonem. A jeszcze trzy lata temu było tak super, nosz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ja bym wolała spotkać się przy kawie i pogadać, ale niech będzie, że spróbuję coś napisać.
      Wykorzystuję wszystkie swoje siły, żeby walczyć o każdy centymetr kwadratowy własnej (psychicznej) przestrzeni. Jeśli tego nie robię frustracja jest dla mnie sygnałem alarmowym. Nauczyło mnie tego pierwsze dziecko. To co robię dla siebie to pisanie bloga, fotografia, konie, nordic walking, szwendanie się po Wawie z mężem, jazda na rowerze i spotykanie ze znajomymi (często okolicznymi mamami) - to daje mi siły.
      W swoim zawodzie nigdy nie pracowałam. Wydaje mi się (w tym momencie), że nie da się pogodzić wychowywania dzieci z rozwojem zawodowym. Teraz odpuszczam. Szykuję sobie grunt do czegoś nowego, co mogłabym robić, kiedy córka pójdzie do szkoły. Szukam przestrzeni - co mogę robić, jak wykorzystać swoje pasje i umiejętności do zarabiania pieniędzy. Nie jest to łatwe zadanie. Ale cóż robić? Pozdrawiam.

      Usuń