poniedziałek, 9 maja 2016

Kwitnące sady - majowa wycieczka - Kraina Jeziorki Raj dla Rowerzystów

slow life, blog

W Japonii podczas kwitnienia wiśni ludzie wychodzą masowo do parków i pod koronami drzew przypominającymi gigantyczne waty cukrowe bawią się, spotykają i piknikują ucztując, kontemplując piękno przyrody i relaksując się cały dzień na świeżym powietrzu. Kwitnąca gałązka jest metaforą ulotnej natury życia i piękna.

W Polsce pod konie kwietnia lub na początku maja, kiedy dni stają się ciepłe kwitną grusze, jabłonie, wiśnie i śliwy. Jest to czas dość krótki, ale intensywnie piękny. Drzewa z daleka przypominają misternie utkane koronki i są wprost zjawiskowe. Może to pierwsza oznaka, że już czas zapakować koc, prowiant i zacząć kontemplować. Właśnie przyszło to nowe,  tak długo wyczekiwane. Łatwo przeoczyć te urokliwe chwile, które niezmiennie przypominają nam o ulotności TU i TERAZ.

slow life, blog

No dobrze, my też postanawiamy nie przegapić tego momentu i planujemy niedzielną wycieczkę rowerową w okolice Grójca (około 20 km od nas), gdzie prowadzi jeden ze szlaków Krainy Jeziorki (Raju dla rowerzystów). Jak podaje PRZEWODNIK ROWEROWY 400 km szlaków rowerowych na POŁUDNIE od WARSZAWY rejon Grójca dostarcza około 40% krajowych jabłek.

Tradycja upraw jabłoni sięga tu XVI wieku. Uprawę jabłoni promowała już królowa Bona, ważną rolę w rozwoju grójeckiego sadownictwa odegrali również duchowni, którzy wprowadzili wysoką kulturę upraw sadowniczych. Wykształciła się tu marka jabłka grójeckie, której istnienie potwierdzają liczne zapisy duchownych i naukowców. Od 2008 roku jabłko grójeckie są już oficjalnie produktem tradycyjnym, a w 2010 roku uzyskały rejestrację jako chronione oznaczenie geograficzne – produkt regionalny.

slow life, blog
Sad w deszczu

Chcemy zapakować rowery na dach samochodu, zabrać dzieciaki (1 rok i 8 lat) i trafić na jeden z najbardziej malowniczych fragmentów, który pamiętamy z wycieczki sprzed prawie dwóch lat. Była to droga prawie niewidoczna, wijąca się przez środek starych sadów wśród okazałych drzew (szlak żółty od połowy trasy z Jeziórki do Natalina).
1.     Wstajemy rano przed 8:00 – czyli jak dla nas późno i jemy śniadanie. Wszystkie poranki z dziećmi są intensywne.
2.     Paweł montuje bagażnik rowerowy na dach samochodu. Niektóre śruby po zimie zardzewiałe i nie da się przymocować rowerów. Porażka. Żeby nie czekać jadę z dziećmi na rowerach do sklepu po mleko do kawy.
3.     Zbliża się pora wczesnego obiadu. Mąż gotuje a ja przewalam się z Maliną w wózku po ogródku i przy okazji sprzątam ganek, sieję do doniczki drzewko cytrynowe z pestek znalezionych w cytrynie, podlewam rośliny i takie tam.
4.     Po obiedzie Paweł decyduje się zamontować zapasowe elementy bagażnika, które mamy w garażu. Udało się. Pakuje rowery na dach a ja kilka potrzebnych rzeczy; nastawiam nawigację na Jeziórkę i wyruszamy.
5.     Malina usypia w samochodzie. Nawigacja prowadzi nas przez wsie otoczone białymi od płatków drzewami owocowymi. Trasa zdecydowanie okrężna, ale piękna, różnorodna, trochę pagórkowata. Zresztą, Malina śpi więc nigdzie nam się nie śpieszy.

slow life, blog


6.     Nie możemy trafić na to WŁAŚCIWE miejsce. Krążymy: Jeziórka – Sadków – Natalin – Uleniec i zaliczamy te miejsca w różnej konfiguracji. Po drodze mijamy kilku rowerzystów. Cisza i spokój, drzewa w równych rzędach ciągnących się po horyzont – stare, rozłożyste, albo karłowate, przymocowane do palików.

slow life, blog


7.     Zaczyna padać. Mijamy trzech rowerzystów, którzy schowali się na przystanku rowerowym. Malina śpi.
8.     Zaczyna ostro padać. My nadal jeździmy, czasem zawracamy. Malina śpi. Jest pięknie. Po raz drugi mijamy tych samych rowerzystów na przystanku. Janek zachwycony wycieczką.
9.     Pada nadal. Znajdujemy miejsce, gdzie droga przecina żółty szlak. Malina się budzi. Znacznie ochłodziło się. Zatrzymujemy się, Malina pije mleko i jest na szczęście  bardzo zadowolona. Decydujemy się wracać do domu.
10.   Wracamy. Mijamy tych samych trzech rowerzystów na przystanku – piją piwo. Chyba nas już poznają. Zatrzymujemy się na chwilę i robię zdjęcia. Wychodzę z samochodu i uderza mnie słodki, niesamowicie intensywny zapach zmieszany ze świeżością powietrza po deszczu. Trochę żałuję, że nie możemy wjechać na rowerach w środek tej białej chmury, ale w sumie cieszymy się, że nas nie zmoczyło.



11.  Jesteśmy w domu. Paweł zdejmuje rowery z dachu samochodu, pijemy kawę. Przychodzi mi ochota na omlet z dżemem, ale w domu nie mamy dżemu. Mamy niedosyt rowerowy więc robimy wypad do sklepu po dżem (ok. 2,5 km od nas). Malina jedzie ze mną w krzesełku.
12.Wychodzimy ze sklepu. Proponuję drogę powrotną alternatywną czyli dłuższą, ale jak tylko ruszamy zaczyna grzmieć. Wracamy więc tę najkrótszą do domu.
13.Deszcz wisi w powietrzu. Jedziemy szybko. Przede mną Janek i mąż. Nagle mąż przelatuje na prostej drodze przez kierownicę i  robi na asfalcie dwa ukemi (czyli fikołki). Ma kolano zdarte do krwi (pierwszy raz tego dnia założył krótkie spodenki). Później okazało się, że rozpędził się i chciał zrobić skok ze spowalniacza a przy lądowaniu "uciekła" mu kierownica. Oczywiście szybko się zbiera.
14.W ostatniej chwili zdążamy przed ulewą.
15. Jem omleta z powidłami śliwkowymi – pyszny…

Będzie trzeba wrócić tam za rok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz