piątek, 6 maja 2016

Miejskie sporty - gra w bule

slow life, blog

Siedzę wieczorem z lemoniadą miętową przy komputerze i próbuję wrócić do normalnego rytmu, przestawiać się po długim weekendzie na tryb codzienny i wrócić do pisania, od którego zrobiłam sobie kilkudniowy odpoczynek. 


Tak, tym razem napiszę o miejskich sportach, a w szczególności o grze w bule – pora zacząć nowy sezon, odkurzyć kule wyjęte z futerału zagrzebanego gdzieś w garażu i zebrać drużynę. Jak nie uda zebrać się drużyny to zagram z mężem, o coś – nie ma to jak dobry zakład.

slow life, blog
Standardowy zestaw składa się z 6 kul, świnki (czyli małej kulki) i sznurka do pomiaru - a wszystko to mieści się w małej walizeczce
W czasie majówki zostaliśmy na miejscu. Miałam czas na czytanie szeleszczących sukniami kobiet sprzed ponad wieku Opowiadań nowojorskich H. Jamsa, spotkanie z rodziną, spacerowanie, oglądanie zaległych Bondów z Craigiem (jaka ulga, że przeciętny człowiek nie musi biegać po dachach), hamakowanie, zabawę w ogrodzie, sadzenie kwiatów na ganku – trochę leniwie, ale jednak intensywnie. A przede wszystkim wysłałam męża z najmłodszym szkrabem na długi spacer po lesie a sama wsunęłam się pod koc i odetchnęłam. Uff…

slow life, blog

Nie zawsze trzeba pędzić (nie wszyscy zresztą mamy formę i psycho-fizyczne możliwości Bonda) za tym, co nowe: nowościami wydawniczymi, prapremierą w kinie i szaleństwem krótkich wyjazdów, które mimo całej swojej atrakcyjności zabierają masę energii potrzebnej do zorganizowania się w nieznanym miejscu.  Można wreszcie wyluzować i poświęcić temu, co lubi się robić najbardziej.  

Lubię aktywność na świeżym powietrzu o każdej porze roku i nasze już-jakoś-tam zorganizowane życie na wsi, ale czasem tęsknię za miastem – różnorodnym i inspirującym. Dopiero połączenie tych dwóch światów daje mi równowagę.

slow life, blog

Parki miejskie w ciepłe miesiące tętnią życiem. Miejsce spotkań, zabaw, pikników, relaksu i sportu. Pogaduszki na ławce, randki na kocu, freesby w locie, chodzenie po slacku, gry w krykieta, bieganie i spacerowanie.

Może by tak spróbować gry w bule, która nie zmusza do morderczego wysiłku w czasie leniwie ciepłych dni a pozwala na towarzyskie pogaduszki „przy okazji”?

Gra w bule przywędrowała do nas z południowej Francji. Nic dziwnego, bo raczej kojarzy się ze słoneczną, przyjemną pogodą i spokojnymi ruchami. O zasadach można przeczytać lub ustalić swoje – dlaczego by nie?

slow life, blog

Chodzi przede wszystkim o to aby rzucić swoją kulę jak najbliżej celu czyli małej kulki nazywanej po polsku świnką. Gra wciąga, nie jest męcząca i potrzebujemy oprócz niezbędnego zestawu kul jedynie trochę przestrzeni. Naszym miejscem rozgrywki może być wiejska uliczka, boczna droga, podwórze, placyk miejski lub wiejski, skwer lub alejka w parku – potrzebujemy podłoża utwardzonego.

Kiedy przeczytałam książkę Rok w Prowansji dowiedziałam się, że kule, którymi zdobywa się satysfakcjonujący choc (przy ich zderzeniu) - są przyjemne w dotyku, ciężkie, pasujące do dłoni, masywne i lśniące.

Technika zawodowców pozwala na puszczenie kuli na wielki palec u nogi przeciwnika z odległości sześciu metrów. Do stałych elementów gry dochodzi jeszcze uginanie kolan jak do przysiadu i wprowadzanie kuli w wsteczny ruch obrotowy, a do stylu zaliczymy pomruki i słowa zachęty wydawane w kierunku kuli, oraz wzruszanie ramion i przekleństwa, kiedy kula ląduje nie tam gdzie chcieliśmy (w moim wypadku na przykład w środek sterty drewna przygotowanej na ognisko).

Najważniejsze jest to, że gra ta jest przyjemna nawet dla nowicjuszy i to od pierwszego rzutu, że można rzucać płasko, lub starać się wybić kulę przeciwnika z boiska stosując rzut wysoki. Ma ona swój charakterystyczny, powolny rytm na który składa się obejrzenie pola z bliska, rozważania czy zbombardować kulę przeciwnika, czy niskim, pełzającym ruchem zbliżyć się do świnki, łyk wina (kto polewa ten wygrywa?) i chwila zadumy.

Owszem, i tu zdarza się intryga - ukradkowe popychanie kul, okazjonalne trącenie nogą, rozpraszające komentarze, wyimaginowane ostrzeżenia lub rozśmieszające słowa… ale cóż tam, zawsze zostaje satysfakcja z miłego wieczoru spędzonego ze znajomymi a trochę pikanterii nigdy nie zaszkodzi. 

slow life, blog

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz