wtorek, 7 czerwca 2016

10 tęsknot za miastem - przypadek pierwszy

slow life, blog

Dlaczego 10 tęsknot za miastem? Bo ja naprawdę żyję na wsi a nie tylko na niej mieszkam - a z życiem na wsi/w mieście jest jak ze wszystkim: póki sam tego nie doświadczysz na własnej skórze to nie będziesz wiedział, jak to jest naprawdę. 

Ludzie dzielą się chyba na typ miejski i wiejski a ja jestem ich mieszanką. Potrzebuję zarówno pierwszego jaki i drugiego czyli bardzo specyficznej mieszaniny. Czego bardziej? To zależy od pory roku, nastroju i chwilowych potrzeb. Moje PRZYPADKI to oczywiście zabawa a nie próba udowodnienia co jest lepsze a co gorsze…

Tak naprawdę długo przymierzałam się do napisania tekstu o życiu na wsi. Slow life często kojarzy się z życiem poza miastem, sielską przyrodą, lemoniadą pitą we własnym hamaku i dizajnerskimi kaloszami zakładanymi na długie wieczorne/poranne spacery po łąkach w towarzystwie uroczych psów z rozwianymi uszami, ewentualnie rozentuzjazmowanych dzieci robiących na własną rękę odkrycia przyrodnicze. Taki sofcik lajcik dla wybranych i majętnych: wieś, przyroda, rosa na bosych stopach i urocze piegi na twarzy ozdobionej delikatnym błogim uśmiechem.

Slow life jest dla mnie filozofią niekoniecznie związaną z miejscem zamieszkania ani statusem finansowym, ale raczej z poczuciem wewnętrznego luzu – co oczywiście nie jest łatwe do osiągnięcia pomimo pozornej prostoty.

Kocham moje miejsce, domek i ogród, ale szczególnie tęsknię  za miastem, kiedy:

Przypadek pierwszy: jeżdżę rano rowerem jak szalona po całej wsi i okolicach, żeby kupić JAKIKOLWIEK tonik/płyn micelarny do twarzy, który właśnie mi się skończył. Nie ten ulubiony niebieski, delikatny, do cery wrażliwej i na dodatek w pięknej buteleczce, ale JAKIKOLWIEK. Jadę i marzy mi się  pachnąca drogeria z kolorowymi półkami; czuję się jak minimalistka z przymusu i wcale mi się to nie podoba.

Robię przy okazji kilka kilometrów na rowerze (z Maliną z tyłu w krzesełku) kończąc ostatecznie w sklepie ogrodniczym, żeby pocieszyć się kwiatkiem. O jakiejś 9:30 moja apka FIT mówi mi, że już osiągnęłam swój przewidziany na cały dzień CEL (chodzi o aktywność fizyczną), że byłam w tym tygodniu bardzo aktywna i proponuje, żeby podwyższyć poprzeczkę. Zgadzam się, co jednak nie zmienia  faktu, że nadal nie mam toniku. „Nie, nie, wcale nie zależy mi na zwiększeniu aktywności; chyba wręcz odwrotnie” – mówię do apki, ale moje słowa lądują w próżni…

Taka sytuacja może dotyczyć wszystkich potrzebnych rzeczy, które kończą się niespodziewanie np.: mleka dla dziecka, pieluch, chusteczek nawilżanych, szamponu, karmy dla kota… a których nie jesteś w stanie wyczarować (niestety) lub po które nie możesz skoczyć do sklepu obok.

Co podpowiada filozofia slow life? Następnym razem musisz przewidzieć taką sytuację i będąc w odpowiednim sklepie kupować rzeczy  na zapas, chomikując je po kątach.

Jaki wypływa z tego pożytek? Masz zgrabne nogi i pośladki bo codziennie jeździsz na rowerze do spożywczego, a czasem i kilka razy (jak o czymś zapomnisz a zapominasz notorycznie).


2 komentarze:

  1. Jeśli poprzeczkę w apce podniesiesz odpowiednio wysoko to do miasta po to co potrzebne dojedziesz;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Och, mamy z P. takie doświadczenia. W tym tygodniu oddaliśmy samochód do warsztatu więc mój mąż jechał transportem łączonym autobus - rower. Było więc gonienie autobusu na rowerze bo spóźnił się o minutę w drodze powrotnej z pracy. Autobus łapał wszystkie zielone a P. wszystkie czerwone. Ale faceci chyba tak lubią... Zresztą, P. swego czasu jeździł do pracy do Warszawy na rowerze (ok. 35 km). A ja do tej pory pamiętam spontaniczną wyprawę w pewne upalne lato na rowerze do Rossmana po coś tam... ;)

    OdpowiedzUsuń