środa, 27 stycznia 2016

Norweskie bułeczki cynamonowe

norweskie bułeczki cynamonowe, slow life

Rok temu po opisie bułeczek cynamonowych w książce  „My na wyspie Saltkråkan”, zachęcona  wyobrażeniem unoszącego się w kuchni zapachu i wizją maślano-cynamonowego smaku dotarłam (z czystej ciekawości) do przepisu na drożdżowe bułeczki cynamonowe.  Przepis znalazłam na blogu kulinarnym (www.mojewypieki.com) i postanowiłam wypróbować. Tak  jak sugerowała autorka użyłam mniej cukru –były wystarczająco słodkie.

Wczoraj zrobiłam bułeczki po raz drugi i wyszły wyśmienicie, choć trzeba przyznać, że najlepiej smakują na świeżo. Na dworze plucha, odwilż i szaruga, ja z bólem głowy, w domu oprócz małej Maliny chory syn, który wynudzony siedzeniem w domu nie bardzo wie za co się zabrać – tak więc poprosiłam go o pomoc i od razu wszystkim poprawiły się humory. To przecież najlepsza pora na takie pieczenie... nie będziemy tego robić w upalne lato.

Składniki na 20 bułeczek:
·        600 g mąki pszennej
·        100 g cukru (sugerowane jako wystarczające: 70 g)
·        Pół łyżeczki soli
·        21 gram suchych drożdży lub 42 g świeżych
·        100 g masła
·        400 ml mleka
·        2 jajka
Na nadzienie:
·        150 g bardzo miękkiego masła
·        150 g cukru (sugerowane jako wystarczające: 120 g)
·        1,5 łyżeczki cynamonu
Na glazurę (niekoniecznie):
·        1 jajko

W dużym naczyniu wymieszać mąkę, cukier, sól i drożdże. 

norweskie bułeczki cynamonowe, slow life, blog

Masło rozpuścić, wymieszać z mlekiem i roztrzepanym jajkiem. Połączyć z mąką. Dobrze wymieszać i zagnieść (ręcznie lub mikserem) aż ciasto będzie gładkie i sprężyste (w razie potrzeby dodać mąkę – ja musiałam jej dodać całkiem sporo). Przykryć i odstawić do wyrośnięcia na 25 minut.

norweskie bułeczki cynamonowe, slow life

W międzyczasie przygotować nadzienie: wszystkie składniki nadzienia wymieszać w naczyniu.

norweskie bułeczki cynamonowe, slow life

Po tym czasie ująć z ciasta 1/3 i rozwałkować na wymiar formy, czyli na 33 x 24 cm (uprzednio wyłożonej papierem). To będzie spód bułeczek. 

norweskie bułeczki cynamonowe, slow life

Pozostałe ciasto rozwałkować na prostokąt w wymiarach 50 x 25 cm. Ja użyłam blaszki z piekarnika i oczywiście nie za bardzo przejęłam się symetrią tego spodu.

Przygotowany prostokąt posmarować nadzieniem, następnie zwinąć wzdłuż dłuższego boku - na kształt długiego wałeczka. 

norweskie bułeczki cynamonowe, slow life

Ostrym nożem pokroić na 2 cm kawałki. 

norweskie bułeczki cynamonowe, slow life

Ułożyć je rozcięciem na spodzie z ciasta. Powinno wyjść około 20 kawałków (nam wyszło 19 i uznaliśmy to za sukces i mistrzostwo precyzji) . Ważne by były symetrycznie rozłożone – nie muszą stykać się ze sobą gdyż zrobią to po wyrośnięciu w piekarniku. Pozostawić do napuszenia na 15 min.

norweskie bułeczki cynamonowe, slow life


Napuszone bułeczki posmarować roztrzepanym jajkiem i piec około 20 – 25 minut w temperaturze 230 ° C, jeśli będą zbyt szybko „łapać kolor” – przykryć od góry folią aluminiową. Gdybym po około 2 minutach nie przykryła ich folią to wszystkie by się spaliły – następnym razem przykryję je zanim wsadzę do piekarnika (piekłam 20 min.).

Nie jestem mistrzem kulinarnym, ale jak coś mi wyjdzie i zaskoczę swojego męża (który w tej dziedzinie jest profesjonalistą) to jestem z siebie taaaaaka zadowolona J

niedziela, 24 stycznia 2016

Lista rzeczy, które lubię robić w domu

slow life, blog


Rok temu pisałam:

Zastanawiałam się często, co poprawia mi nastrój, albo przynosi po prostu radość. Coś, co mogę mieć w swoim własnym domu, w zasięgu ręki od zaraz i bez wydatków.  Można sporządzić taką listę i mieć ją na podorędziu, kiedy czujemy, że coś przeciąga nas na „ciemną stronę mocy” znudzenia, rutyny i nie-wiem-co-tu-ze-sobą-zrobić. Taka lista może się stać tematem naszego tygodnia i możemy tworzyć ją w miarę jak coś interesującego i naprawdę naszego przychodzi do głowy. Załóżmy, że potrzebujemy 10 pozycji. Potem pozostaje już tylko realizacja tych naszych drobnostek – jedynie dla przyjemności. Nie warto marnować całej naszej fantazji jedynie na sprawy praktyczne.
Czytaliśmy wieczorem „My na wyspie Saltkråkan” Astrid Lindgren  i wpadłam na fragment, który idealnie tu pasuje: „Pelle, usadowiwszy się na kuchennej sofce, zastanawiał się chwilę. A potem drobiazgowo opowiedział Malin, co go cieszy. Na przykład… (…) Wychodzić rankiem na świeżo spadły śnieg i pomagać przekopywać drogę do studni i drwalni. Oglądać ślady ptaków na śniegu. (…) Wracać o zmroku do domu, do Zagrody Stolarza, po długiej jeździe na nartach obtupywać śnieg  w sieni, wejść i zobaczyć, jak się pali pod kuchnią, jak pięknie i widno. (…) Siedzieć w kuchni z Malin, tak jak teraz, jeść bułeczki z cynamonem, popijać mlekiem i wcale się nie bać.”

Rok temu ten tekst tak mnie zainspirował, że znalazłam przepis na „norweskie bułeczki cynamonowe” i zrobiłam je razem z synem. Mój mąż pamięta je do tej pory. Następnym razem podam przepis.

Moja lista wygląda inaczej niż rok temu, dołożyłam do niej kilka bardziej twórczych pomysłów. Muszę przyznać, że teraz spędzam o wiele więcej czasu w domu (ze względu na opiekę nad małym dzieckiem) i bez takich świadomych wyborów byłoby czasami ciężko.

Kiedy jestem w domu lubię:
1.     Wyciągnąć stare płyty CD i poczuć klimaty dawnych czasów,
2.     Czytać książki i magazyny; zaznaczać w nich fragmenty na które zwróciłam uwagę a po przeczytaniu całości wrócić do nich raz jeszcze,
3.     Słuchać audycji na BBC4 – bo przenoszą mnie w zupełnie inny świat,
4.     Projektować i robić na drutach kominy dla bliskich i znajomych – czeka mnie jeszcze nauka szydełka,
5.     Ćwiczyć na piłce podczas podłogowych zabaw z moją córeczką,
6.     Piec ciasta, robić piszingery i blok czekoladowy z synem,
7.     Nic nie robić – bez wyrzutów sumienia,
8.     Uczyć się języków obcych z samouczka – we własnym tempie i bez jakiejś szczególnej potrzeby,
9.     Notować swoje myśli, planować rzeczy na jutro i przyszłość,
10.                        Rysować i zupełnie nie przejmować się, że nie potrafię – to przecież ćwiczenie czyni mistrza.


Może ktoś podzieli się swoimi pomysłami na dobre samopoczucie?

slow life, blog

piątek, 22 stycznia 2016

O rety! Przyroda - świetny prezent dla dziecka


Nareszcie mamy najnowsze dzieło Tomasza Samojlika „O rety! Przyroda”. Książka ta świetnie wpisuje się w trend książek obrazkowych, ale oprócz zabawy dla całej rodziny, pogłębia wiedzę o naszej rodzimej przyrodzie. 
Pan Tomasz jest naukowcem mieszkającym na skraju Puszczy Białowieskiej więc warto korzystać z jego praktycznej wiedzy i spojrzeć na przyrodę całościowo, dostrzegając zależności, które w niej panują. Wydanie piękne, rysunki i komentarze zabawne. Polecam.

Nasz pierwszy egzemplarz przeznaczamy jako prezent urodzinowy dla kolegi syna (żeby pozostać w opozycji do plastikowego, drogiego i bezużytecznego badziewia) a następny, który wkrótce zakupimy, będzie już nasz. 

środa, 20 stycznia 2016

Rzeczy bez których nie wyobrażam sobie zimy

slow life, blog

Mglisty poranek kusi spokojem i ciszą podczas gdy w domu poranny amok i rozgardiasz.

Otoczenie wkoło tak bardzo się zmieniło a więc i my musimy się do niego dostosować czyli wyjść ze strefy komfortu cieplnego.

Słuchałam ostatnio z synkiem audiobooka „Zima Muminków” i zastanawiałam się, czy gdyby Mama Muminka była minimalistką, Muminek przetrwałby zimę tak zupełnie bez szwanku ;) Te wszystkie kryształowe wisiorki na żyrandolu, kapturki na imbryk i jajka na miękko, rupiecie i piwniczka pełna konfitur odegrały jednak pewną rolę.

Uwielbiam dzbanek na herbatę z podgrzewaczem dzięki któremu przez cały dzień można się raczyć gorącym napojem z cytryną, pomarańczą i czasem nawet miodem. Nie wyobrażam też sobie chłodnych dni bez dużej ilości kominów, szali i chustek do wyboru i koloru w zależności od nastroju.

slow life, blog


Bardzo często noszę też getry – co jest idealnym rozwiązaniem na błoto i śnieg (u nas na wsi większość dróg jest nieutwardzonych, kamienistych i błotnistych) lub ochraniacze, które przydają się do brodzenia w głębszym śniegu i przecieraniu śladów a dzięki którym śnieg nie wlatuje do butów. Potrzebuję też termosu bo nie ma jak zatrzymanie się na chwilę w drodze i łyk czegoś ciepłego w terenie – niezależnie czy jest się na mieście, w górach, na wędrówce czy na zwykłym spacerze niedaleko domu. coś takiego potrafi postawić na nogi i przywrócić siły.

slow life, blog


Wczoraj był piękny słoneczny dzień postanowiłam więc wygrzebać z szafy elastyczną chustę do noszenia dzieci, obejrzeć filmik na Internecie z nauką wiązania (wcześniej już próbowałam dwa razy w domu) i wyjść na spacer. Udało się! Dzięki cierpliwości Maliny miałyśmy energetyczny spacer (nie da rady wyjść z wózkiem przy takich jak u nas, nieodśnieżonych drogach). Wzięłam do pomocy kije od Nordic Walking i w drogę...

slow life, blog

slow life, blog


Było pięknie: skrzypiący śnieg, słońce i rześkie powietrze. Nie oddalałyśmy się daleko od domu, ale i tak wróciłyśmy obie w doskonałych nastrojach. Od razu przyszedł mi do głowy pomysł, żeby umówić się ze znajomymi z Nordic Walking na dłuższy niedzielny spacer nad rzekę (w każdą sobotę spotykamy się na godzinnym treningu, ale tego dnia każdy ma jeszcze dużo spraw do załatwienia). Warto wziąć termos i jakąś energetyczną przekąskę, żeby uzupełnić tak lekkomyślnie stracone kalorie ;)

sobota, 16 stycznia 2016

Aktywny poranek

Godzina 9. Wstaję, jem śniadanie, piję ciepłą herbatę z pomarańczą i idę na trening Nordic Walking. Jest inaczej w porównaniu z wczorajszym wieczorem, „nic dwa razy się nie zdarza”.

slow life, blog


slow life, blog


slow life, blog


slow life, blog



slow life, blog


slow life, blog

A teraz pora na kawę. 

piątek, 15 stycznia 2016

Trochę ruchu i kocia joga

Godzina 15. Pada śnieg! Robi się coraz piękniej. Marzy mi się spacer i robienie zdjęć, ale córeczka śpi a syn niedługo wróci ze szkoły. Pocieszam się, że przecież padający śnieg i spadające liście kiepsko wychodzą na zdjęciach. Poczekam na męża, kiedy wróci z pracy, przejmie pieczę nad Maliną i wtedy wyjdę. Robię zdjęcia przez okno – nie mogę się powstrzymać.

slow life, blog


slow life, blog


Godzina 18. Nadal pada śnieg. Wychodzimy z synem na spacer; cel: warzywniak i cukiernia. Jest bajecznie! Za ciemno, żeby robić zdjęcia, ale nieważne… Rozglądamy się wkoło – wszystko wygląda inaczej; ostre linie zmiękły, kontury zatarły się, kolory zniknęły, wszystko jest grubsze i bardziej puszyste a wolne przestrzenie zostały zalepione śniegiem. Światło pozostawionych po świętach lampek staje się miękkie i łagodne.  Nagle okazuje się, że dużo dzieci wyszło z rodzicami na sanki, tu i ówdzie w ruch poszły szufle do odśnieżania. Ludzie wyszli na spacery zostawiając samochody w garażach, mijamy biegacza brodzącego po kostki w śniegu, my też brodzimy.  Za to nie mijamy ani jednego pługa.

Godzina 21. Pada. Jutro rano jestem umówiona ze znajomymi na trening Nordic Walking do lasu – cieszę się z tego jak dziecko. Jeżeli będzie padało całą noc to nas zasypie… najwyżej odwołamy trening na basenie i fryzjera – trudno.

***

Zima to idealny czas, żeby poćwiczyć - kiedy,  jak nie teraz zadbać o swoje ciało i formę. Wykorzystajmy każdą wolną chwilę, żeby wyjść na świeże powietrze. Nie musimy od razu kompulsywnie angażować się w bieganie, chodzenie na siłownię, basen czy jogę. Poczujmy, że tym razem czas nas nie goni i zacznijmy od najzwyklejszych spacerów, chociażby weekendowych.

Czy regularne przechadzki w rześki zimowy poranek nie wydają się być czymś najbardziej naturalnym? Nie gnajmy na spacerze jak opętani (kontrolujmy tempo marszu bo często zdarza się, że choć nie musimy to i tak śpieszymy się i spinamy), po prostu odprężmy się i wyciszmy umysł, rozejrzyjmy po okolicy jakbyśmy byli tu po raz pierwszy w życiu, opiszmy w głowie to, co widzimy: kolory, detale architektoniczne i szczegóły, kota na parapecie, ludzi naokoło. Złapmy oddech i poczujmy wolność jaką daje najzwyklejszy spacer.

Pamiętajmy, że każda porcja ruchu na świeżym powietrzu o tej porze roku jest na wagę złota. Dlaczego by nie zbudować z dziećmi igloo albo bałwana, pozjeżdżać na sankach? Trochę zabawy i wygłupów nikomu nie zaszkodzi.


A rano, po przebudzeniu warto jest się przeciągnąć, wyprężyć grzbiet jak kot, zrobić kilka skłonów i wziąć kilka głębokich, świadomych oddechów. Ile czasu nam to zajmie? 

slow life, blog

środa, 13 stycznia 2016

Jak zrobić dobrą kawę w domu czyli jak zrobić kawę w kawiarce (cz.2)


O smaku kawy decyduje mieszanka, stopień mielenia, jakość ekspresu i ludzka ręka (zarówno podczas palenia, jak i parzenia) a jej aromat potrafi działać na nas mocniej niż smak. Niech nie łudzą się posiadacze automatycznych, domowych ekspresów do kawy (w których wystarczy nacisnąć guziczek), że mają jakiś swój osobisty wkład w parzenie – w tym przypadku nie mają.
Rano aromat kawy od razu poprawi samopoczucie i koncentrację (byle wypić ją po śniadaniu) i rozkosznie działa na zmysły. Przyjemność poranka i miły początek dnia. Czy nie tego nam trzeba?

Mój ideał jest taki: wstaję rano i po śniadaniu lub odprowadzeniu dziecka do szkoły idę do kawiarni za rogiem gdzie przeglądam prasę, porządkuję myśli, rozbudzam się i planuję dzień. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna: mieszkam na wsi gdzie nie da się wypić dobrej kawy w kawiarni a jedyna kawiarnia nie mieści się „za rogiem”… tylko trochę dalej.

Cóż robić, trzeba stać się swoim własnym domowym baristą – amatorem.

Ja (jak wiadomo z cz.1) parzę kawę w kafetierce (inaczej: dzbanek do moki). Uzyskuję z niej napar o bardzo intensywnym smaku, zbliżonym do espresso (jednak bez kremy).

Poniżej podaję prostą instrukcję:

1.   Wlej ZIMNĄ wodę do dolnej części kafetierki (jakość wody ma bardzo duży wpływ na smak kawy). W pojemniku zazwyczaj znajduje się oznaczenie dopuszczalnej ilości wody – NIGDY go nie przekraczaj. Jeśli oznaczenia brakuje pamiętaj: POZIOM WODY MUSI ZNAJDOWAĆ SIĘ PONIŻEJ ZAWORKA.
2.   Uzupełnij filtr średnio mieloną kawą (w całości) – nie ubijaj jej.
3.   Umieść filtr w dolnej części i skręć całe urządzenie.
4.   Postaw urządzenie na palniku i powoli podgrzewaj.
5.   Kiedy usłyszysz charakterystyczne bulgotanie, zdejmij urządzenie z palnika i przelej kawę do filiżanki.


Wybierając dobrą kawę poznajemy nowe smaki i aromaty, możemy pić tę pochodzącą z gospodarstw ekologicznych i tych używanych w kawiarniach, gdzie pracują najlepsi polscy bariści.  Spróbuj odnaleźć w swojej filiżance słodycz, akcent kwiatowy, nutę orzechowo-czekoladową, smak prażonych orzechów laskowych, wiśni, świeżych cytrusów czy truskawek. Wybierz to, co odpowiada Ci najbardziej i delektuj się. Czy ktoś da się skusić? 

sobota, 9 stycznia 2016

Jak zrobić najlepszą kawę w mieście (cz.1)



cafe stor, slow life, warszawa, blog

Moja miłość do kawy zaczęła się… około 10 lat temu na poddaszu warszawskiej kamienicy na Starówce. Była to pracownia i mieszkanie Magdy – długowłosej, odrobinę roztrzepanej  artystki malarki do której przychodziłam na zajęcia z ceramiki.

Nie było to klaustrofobiczne poddasze zapełnione blejtramami, ale mieszkanie trzypoziomowe; drewnianymi schodkami schodziło się do głównego pokoju połączonego z małą kuchnią i sypialnią, na poziomie „zerowym” była sypialnia dla gości i schodki prowadzące na antresolę z której można było oglądać otwarty „dół” oraz wyjść przez okno na balkonik, który z kolei otwierał widok na morze falujących dachów.  
Nasze spotkania zaczynały się od pogaduszek i KAWY zaparzanej w kafeterce (przywiezionej z Francji) do której Magda zawsze dodawała spienione ręcznie (w spieniaczu) mleko i cukier w ręcznie robionej przez siebie cukierniczce z odciśniętym liściem miłorzębu; na spodeczku kładła niezmiennie czekoladkę lub ciasteczko.


slow life, blog

I w takiej oto scenerii narodziła się moja miłości do cappuccino, kafeterek, ceramiki i miejskich widoków ponad dachami. Była to dla mnie również pierwsza praktyczna lekcja zaparzania.

Po kawę Magda zbiegała czasem (po dziesiątkach kamiennych i zakręconych schodkach) do sklepiku spożywczego na rogu obok i przynosiła paczkę mielonej, zupełnie przeciętnej kawy.

Ja przez te kilka lat nauczyłam się wybierać ziarna, które same w sobie są wyjątkowe – dojście do tego zabrało mi trochę czasu.

Moja idealna filiżanka to pojedyncze espresso zrobione z kawy o orzeźwiającym smaku z nutą czerwonych owoców, miodu i cynamonu z małą ilością spienionego mleka. Dla mojego męża ideałem będzie podwójne espresso z wyczuwalnym aromatem owocowym np.: skórki pomarańczowe, mandarynek i czarnych porzeczek. Rano, między 5 a 6 preferuje kawę mieloną (z wygody) i klasyczny smak espresso.
Ponad wszystko jest jednak sam rytuał – umiejętność zatrzymania się na chwilę w czasie szybko pędzącego dnia i wysłuchanie drugiej osoby lub siebie samego „przy kawie”.

Nie kupuję kawy w marketach ponieważ wybieram niekomercyjne mieszanki z małych palarni. Jaka jest różnica? Jak pomiędzy ziarnami zbieranymi maszynowo (wyobraźmy sobie taki kombajn do kawy zbierający wszystko „jak leci”) z plantacji przemysłowych („zielona pustynia erozyjna”) a ziarnami zbieranymi ręcznie z ocienionych drzewami, całkowicie naturalnych, małych plantacji (często wyżynnych) na których nie używa się pestycydów.

A co z ceną? S. M. Woźny w swojej książce „Tajemnice Kawy” obliczyła, ile kosztuje filiżanka kawy w domu. Dla kawy klasy gourmet będzie to 1,06 zł za filiżankę a dla kawy konwencjonalnej ok. 21 groszy. Różnica wynosi więc 85 groszy. Pani Woźny pyta: „Może warto zatem odżałować nieco więcej pieniędzy, by cieszyć się smakiem kaw najwyższej jakości?”. Dla mnie warto, chodź płaci się za to pewną cenę: po przyzwyczajeniu się do intensywnego, aksamitnego smaku bardzo trudno znaleźć na mieście kawę, która sprostałaby naszym wymaganiom.
Proponuję na początek dwa zadania:
Zadanie 1: Rozejrzyjcie się wokół czy w Waszym mieście nie ma małej palarni kawy.
A: Jeśli jest – zapoznajcie się z jej ofertą i kupcie coś na próbę.
B: Jeśli nie ma – skorzystajcie ze sklepu internetowego. Dla ułatwienia zdradzę, że ja robę zakupy w sklepie pod wirtualnym adresem: www.caffegaleria.pl
Zadanie 2: Poszukiwaniu w swoim otoczeniu młynka do kawy – warto.
c.d.n.

Oto moja włoska kafeterka BRASIL G&Z na 6 filiżanek, w kolorze złotym (cena około 69 zł):


slow life, kawa, kawiarka, blog

Młynek do kawy znalazłam na pchlim targu; przeczekał około 25 lat w firmowym radzieckim opakowaniu i z fabrycznie zwiniętym kablem - w końcu stał się bardzo ważnym urządzeniem w naszym gospodarstwie domowym:


slow life, kawa, kawiarka, blog

środa, 6 stycznia 2016

Czytanie - najpiękniejsza zabawa, jaką wymyśliła ludzkość

Carl Honore doznał olśnienia po tym jak znalazł w gazecie  na lotnisku artykułu pod intrygującym tytułem „Jednominutowa bajka na dobranoc” – najpierw się podekscytował i przeczytał, później przemyślał i uznał taki pośpiech za absurd; poczuł się jak „Dickensowski Scroog ze stoperem w dłoni” uświadamiając sobie, że „oto nadeszła pora, by rzucić wyzwanie naszej obsesji robienia wszystkiego szybciej”.

Książkę C. Honore „Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się z życiem” czytałam, kiedy byłam już trochę zarażona ideą „slow life”; postanowiłam jednak czytać więcej książek, artykułów i magazynów  z tej dziedziny i mimo, że nigdy nie należałam do osób, których planer wypełniony jest od 6 rano do 23 wieczorem  -wiedziałam już, że aby zwolnić naprawdę czyli świadomie i efektywnie i nauczyć się żyć bez wewnętrznego napięcia potrzebuję więcej czasu. To, co piszę na tym blogu to zebrane pomysły jak zrobić to z praktycznego punktu widzenia – rodzaj ćwiczeń i inspiracji zebranych razem. Slow life to życie w adekwatnym do sytuacji tempie a nie zawsze w szybkim z przyzwyczajenia i niezależnie od okoliczności, to też umiejętność rozejrzenia się wkoło i słuchania siebie.

Wracając jednak do czytania dzieciom…

Kiedy mój starszy syn był jeszcze bardzo mały, trafiłam na znakomitą książkę I. Koźmińskiej i E. Olszewskiej pt.: „Wychowanie przez czytanie” (wszystkie poniższe cytaty pochodzą z tej książki) i mogę z całą pewnością przyznać, że dobra literatura dla dzieci to świetna zabawa dla całej rodziny (bo to jest po prostu DOBRA LITERATURA a  „czytanie to najskuteczniejszy – i najtańszy – sposób budowania zasobów wewnętrznych dziecka”. U nas w domu wspólne czytanie to rytuał i kiedy tylko uda mi się uśpić malutką jeszcze córeczkę, idę do pokoju syna w którym mój mąż czyta na głos książkę. Oczywiście czasem jest tak, że nie chcę tracić wątku - muszą więc na mnie czekać.  Prawda jest taka, że im dziecko jest starsze tym większy jest wybór spośród wciągających, przygodowych a czasem śmiesznych do łez książek. Nie da się tego z niczym porównać i osobiście uznaję za błąd, że kiedy tylko dziecko samo nauczy się czytać zaprzestajemy tego wspólnego czytania.

Dla mnie, jako dla rodzica nie da się z niczym porównać podróżowania z nonszalanckim Rabarbarem po morzach dalekich i dalszych, historii o leniwym kocie łapiącym pchłę i pod wpływem tego zdarzenia zmieniającym swoje życie, przygód niesfornego Emila oraz tych najbardziej zwyczajnych i niezwyczajnych dzieci. Wisława Szymborska powtarzała, że dzieciństwo miała szczęśliwe, bo rodzice rozmawiali z nią i czytali jej bajki i, że uważa czytanie za najpiękniejszą zabawę, jaką wymyśliła ludzkość[1]. To przecież tak wiele i zarazem niewiele – okruch czasu w zabieganym dniu.

Sofa, kawiarnia, ławka w parku, poczekalnia… nie ma znaczenia -  dla zabawy, odpoczynku, umilenia sobie monotonnego czekania na coś, wyciszenia a przede wszystkim dla czystej przyjemności.  A dobre książki można wyszukiwać w bibliotekach, dobrych księgarniach, pchlich targach czy biblioteczkach znajomych. Można nawet zorganizować imprezę z wymienianiem książek w tle. Pewnie prawdą jest to, że gdyby czytanie było drogie a dzieci by tego  nie lubiły – to czytałoby się na potęgę, a tak… nie ma na to czasu?

Lubię zbierać te okruchy przyjemnie spędzanego czasu i mieć poczucie, że działają one na naszą korzyść – w tym przypadku wystarczy uświadomić sobie, że „jeśli czytamy dziecku od urodzenia po 20 minut dziennie, codziennie, to w momencie, gdy idzie ono do szkoły, ma za sobą około 850 godzin słuchania języka w najlepszym, literackim wydaniu. Jest to czasowy ekwiwalent połowy studiów lingwistycznych!”
Poniżej podaję listę tych książek, które wywarły na nas największe wrażenia:

slow life, blog

„My na wyspie Saltkråkan” (Astrid Lindgren), znana również pod tytułem „Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku” – według mojego męża książka lepsza od bardzo znanej „Dzieci z Bullerbyn”. Wszystkie książki tej autorki są wyśmienite i nie trzeba ich reklamować – warto odszukać mniej popularne tytuły i trochę się podelektować prostym życiem.

slow life, blog

„Rico, Oskar i głębocienie” (A. Steinhöfel”), świetny, błyskotliwy i dowcipny język oraz wartka akcja - trochę taki inteligentny kryminał dla dzieci; wciągająca na tyle, że kupiliśmy pozostałe części na audiobookach.

slow life, blog

„Rozbójnik Hotzenplotz” (O. Preussler), autor znakomity (kupiliśmy pozostałe jego książki), książka do kilkukrotnego czytania, idealna objętość – nie za krótka, nie za długa.

slow life, blog

„Krabat” (O. Preussler), wciągająca, magiczna i czasem mroczna. 237 stron, ale czyta się szybko.

slow life, blog

„Powrót rzęsorka” (T. Samojlik), komiks – pięknie wydany z niepowtarzalnymi ilustracjami,  o tematyce przyrodniczej – wreszcie coś o polskiej przyrodzie! Oryginalny i zabawny. Mamy w kolekcji świetnie zaaranżowane słuchowisko z tej serii.

slow life, blog

„Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” (E. Niziurski), wciągająca z nagłymi zwrotami akcji, detektywistyczna. Warto wrócić do tego autora, którego pamiętam ze swojego dzieciństwa.

slow life, blog

„Pestka, Drops, cukierek” (G. Kasdepke), jeden z moich ulubionych polskich autorów; do książki dołączony audiobook.

slow life, blog

„Cudowna podróż” (S. Lagerlöf), książka (2 tomy) znaleziona na mojej półce. W dzieciństwie nie udało mi się jej przeczytać więc miałam szansę nadrobić zaległości. Dla wprawnych „czytaczy” i słuchaczy – długa, piękna, szczegółowa – każdy rozdział to osobna opowieść. W tamtym roku widziałam nowe wydanie, ale raczej mało rozpowszechniona.




[1] „Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej. Wydawnictwo Znak, Kraków. Anna Bikont i Joanna Szczęsna 2012”

niedziela, 3 stycznia 2016

Jak i czym dokarmiać ptaki

Jak własnoręcznie zrobić kulę tłuszczową dla ptaków:

1.      W garnuszku rozpuszczamy kostkę smalcu i wrzucamy nasiona, które mamy. Ja dodałam: niełuskane ziarna słonecznika (w przewadze), siemię lniane, płatki owsiane, kaszę:


slow life, blog

slow life, blog


2.      Po przestudzeniu przelewamy do pojemniczka i wkładamy do lodówki aby zastygło (w wygodnym dla nas kształcie):

slow life, blog


3.      Zastygnięty smalec z dodatkami przenosimy do siateczki i mocno zawiązujemy u dołu i góry (ja wykorzystałam siateczkę po włoszczyźnie) lub do jakiegoś drucianego koszyczka:

slow life, blog


4.      Zawieszamy w mroźne dni (przy wyższych temperaturach tłuszcz może się zepsuć):

slow life, blog

W dzień wolny od pracy i szkoły nasz poranny rytm wygląda tak samo: siedzimy z rodziną przy kuchennym stole, jemy śniadanie, rozmawiamy o tym, co akurat przychodzi nam do głowy, rozbudzamy się przed nowym dniem i obserwujemy ptaki. Na szczęście jedzą swoje śniadanie o tej samej porze co my – z tą różnicą, że dla nas to codzienna przyjemność a dla niech walka o życie (szczególnie w czasie ostrej zimy). Przylatują do naszego domowego karmnika każdego roku i umilają nam posiłki. Znajomi, którzy do nas przyjeżdżają są zachwyceni i po krótkiej lekcji przyrody obiecują, że u siebie też założą karmnik. Nic prostszego.

Dokarmianie ptaków nie jest jakąś trudną sztuką a kiedy pojawiają się pierwsze okazy z własnej, nieprzymuszonej woli zaczynamy sięgać po atlasy (z ptakami),  lornetki i aparaty fotograficzne – robimy to dla przyjemności, z ciekawości; bezwiednie zaczynamy robić pierwszy krok w kierunku podziwiania/ochrony przyrody.

Ptaki możemy dokarmiać różnym pokarmem: orzechami (ziemnymi, laskowymi i włoskimi), łojem, drobnymi nasionami, np.: konopi, niesoloną słoniną, niełuskanym ziarnem słonecznika, gotowymi kulami i patyczkami/pałeczki z masy tłuszczowo-nasiennej, suszonymi jagodami, jabłkami, rodzynkami, płatami owsianymi, ziarnami zbóż, kukurydzą, pestkami, np.: wiśni czy czereśni. Pokarm możemy wsypywać do karmnika,  rozsypywać (tak jak karmiło się kiedyś kury) lub kłaść na ziemi.

Należy pamiętać, że kiedy zacznie się dokarmiać ptaki należy to kontynuować przez całą zimę gdyż przyzwyczajają się one do miejsca i bez naszej pomocy mogą zginąć. Nie należy się jednak zniechęcać gdyż jest na to sposób – rozwieszenie kuli tłuszczowych, które starczają na dłużej.
Z mojego doświadczenia najbardziej uniwersalnym pokarmem są niełuskane ziarna słonecznika lub specjalne mieszanki dla ptaków zimujących, które zawierają w sobie słonecznik, inne ziarna, orzechy oraz kukurydzę -   możemy je  kupić w większych lub mniejszych torebkach w sklepie dla zwierząt, na bazarze lub w niektórych sklepach spożywczych (czasem na zamówienie).

Część ziaren możemy wsypywać do karmnika a część rozsypywać na ziemi (przywabimy tym samym więcej gatunków - gdyż niektóre preferują jedzenie z ziemi). Jeżeli nie mamy karmnika możemy ograniczyć się tylko do rozsypywania (przez niektórych znawców ten właśnie sposób jest preferowany jako bardziej naturalny); na ziemi połóżmy jabłko dla drozdowatych, np.: kosa. Dodatkowo możemy zawiesić kule tłuszczowe (patyczki/pałeczki często spadają - tłuszcz się ześlizguje) i dzięki temu ptaki zawsze będą miały co jeść – nawet podczas naszej nieobecności.

Ptaki będą czuły się bezpiecznie w miejscu osłoniętym (np.: przy krzewach lub drzewach) a nie na otwartej przestrzeni. Nie umieszczajmy karmników zbyt blisko okien, ruchliwych ulic i w miejscach gdzie mogą stać się łatwym łupem przyczajonych kotów.


Spektrum gatunków zależy od miejsca gdzie mieszkamy, ale zawsze będziemy mieli poczucie, że pomagamy naszym skrzydlatym przyjaciołom oraz zyskamy możliwość obserwacji piękna natury. 

W mieście często widzę osiedlowe lub "blokowe" karmniki do których ktoś zawsze coś dołoży "po drodze". Pamiętajmy tylko, aby nie karmić ptaków starym chlebem - może to przynieść więcej szkody niż pożytku. I jeszcze coś - ptaki często cierpią na brak wody - w miarę możliwości pomóżmy im również i w tej sprawie. Potem pozostaje nam już tylko obserwacja czyli czysta przyjemność i chwila zatrzymania w pędzącym świecie.

slow life, blog